Nim zajmiemy się wstydliwą mizoginią, porozmawiajmy chwilę o chrystianofobii. Jest to interesujący przykład tego, jak środowiska regresywne i nieliberalne zawłaszczają język liberalny i progresywny do obrony swoich przywilejów oraz racjonalizacji własnych dyskryminujących działań.
W Polsce wielkimi orędownikami „chrystianofobii” jako użytecznej kategorii do opisu rzeczywistości są środowiska skrajnej chrześcijańskiej prawicy: PiS-u, ziobrystów, konfederatów czy ekstremistycznych think tanków w rodzaju Ordo Iuris.
„Chrystianofobia” ma się kojarzyć z ksenofobią czy homofobią, a więc irracjonalnymi, dyskryminującymi i nienawistnymi postawami wobec różnych grup ludzkich. Na świecie niewątpliwie występuje zjawisko prześladowania chrześcijan: w krajach nieliberalnych i niedemokratycznych, w których niechrześcijańska większość czy ośrodki władzy mogą swobodnie dręczyć chrześcijańską mniejszość.
Orędownicy pojęcia „chrystianofobii” często próbują nazywać także te realne manifestacje antychrześcijańskiego animusu „chrystianofobią”, ale zaraz potem, po takim uprawomocnieniu samego pojęcia, zaczynają je rozciągać w sposób absurdalny: na każdą sytuację, w której chrześcijanie ponoszą jakąś „stratę”, w tym przede wszystkim stratę nienależnych przywilejów tam, gdzie to chrześcijanie są większością prześladującą innych.
Na tym polega największa moralna perwersja orędowników walki z chrystianofobią. Tak jak kradną język środowiskom progresywnym, tak regresywni fundamentaliści próbują ukraść status ofiary naprawdę prześladowanym. Często: tym, których sami prześladują.

Zapowiadając niedawno spotkanie w sprawie „chrystianofobii”, Ordo Iuris przytaczało między innymi taki jej przykład:
W ubiegłym roku w Legnicy ze ściany sali Rady Miasta zdjęto krzyż. To tylko jeden z przypadków rugowania chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej.
Rozumiecie, wstawianie religijnego symbolu do każdego urzędu w teoretycznie świeckim kraju nie jest „ateofobią” czy „świeckofobią”, nawet jeśli jest widocznym i ostentacyjnym znakiem ideologicznej i społecznej dominacji, sygnałem, że tu rządzi określona grupa.
Ale już jakiekolwiek przywrócenie — w teorii wymaganego prawem — świeckiego charakteru urzędu: to jest chrystianofobia! Czyli: chrześcijanie mają prawo chcieć i móc więcej. Traktować chrześcijan jak innych ludzi, równo, to fobia!
Dygresja o chrystianofobii służy ilustracji trendu: regresywni nienawistnicy, którzy kochają dyskryminować, nauczyli się operować językiem papugującym troskę o ofiary dyskryminacji — czy to po to, by uzasadniać przywileje różnych grup oprawców, czy to po to, by ośmieszać walkę z samą dyskryminacją przez argumentowanie, że to zwalczanie dyskryminacji jest dyskryminujące.
I dziś zobaczyliśmy wyjątkowo dorodny okaz takiej strategii w wykonaniu posła Marcina Józefaciuka, który zastosował ją do rozpętania mizoginicznej nagonki na naziportalu Muska.

Wstydliwa mizoginia
Byłem w Komendzie Głównej OHP na kontroli poselskiej.
To, co usłyszałem i zobaczyłem, jest skandaliczne. (…)
Kobiety w OHP mogą skorzystać z dodatkowego dnia wolnego z tytułu bolesnej menstruacji.
Mężczyźni nie mają żadnego równoważnego rozwiązania.
Disclaimer: osobiście uważam, że mężczyźni powinni dostawać dzień wolny z powodu bolesnej menstruacji. I nie, nie jest to żart. Nie jestem prawicowym zjebem, więc wiem, że mężczyźni mogą menstruować. Zdarza się to u mężczyzn transpłciowych, ale także u niektórych interpłciowych. Natomiast dla uproszczenia dalszej polemiki przyjmuję domyślne, nawet jeśli wykluczające, uproszczenie: kobieta = osoba menstruująca (menstruantka), mężczyzna = osoba ejakulująca (ejakulant).
Józefaciuk to wstydliwy mizogin. W swoim histerycznym wpisie co chwila zapewnia, że nie jest motywowany atakiem na menstruantki czy umniejszaniem cierpienia menstruantek. Nie — jemu chodzi o cierpienie i nierówność ejakulantów. A jednak trudno w to uwierzyć, skoro jego oburzenie w całości wynika z tego, że wykrył w ramach „kontroli”, że menstruantki „mogą skorzystać z dodatkowego dnia wolnego z tytułu bolesnej menstruacji”.
Boli go, że ejakulanci nie mają równoważnego rozwiązania. Zadziwia, że nim napisał swój rant, ejakulant Józefaciuk nie zadał sobie oczywistego pytania: czy ejakulanci doświadczają równoważnego stanu, co menstruujące menstruantki, żeby domagać się „równoważnych rozwiązań”?
Nie chcę umniejszać cierpienia ejakulantów, szczególnie że sam jednym jestem, ale np. polucje — nocne, mimowolne ejakulacje — nie są tak bolesne jak menstruacyjne skurcze.
Szukając u ejakulantów cierpień analogicznych do cierpień menstruantek, ejakulant Józefaciuk wymienia:
Nie mają dnia zdrowotnego.
Nie mają dnia profilaktycznego.
Nie mają dnia na badania.
Nie mają dnia na migrenę, problemy urologiczne, kryzys psychiczny, ból kręgosłupa, chorobę przewlekłą czy inną cykliczną niedyspozycję.
Ejakulancie Józefaciuku, żadne z wymienionych nie jest specyficzne dla ejakulantów! Menstruantki także chorują, także potrzebują profilaktyki, także potrzebują badań, także mają migreny — znacznie częściej niż ejakulanci! — problemy urologiczne, kryzysy psychiczne — te faktycznie rzadziej niż u ejakulantów kończą się skutecznie zrealizowanym pragnieniem autoterminacji — bóle kręgosłupa, choroby przewlekłe etc. I tak jak ejakulantom, państwo oferuje menstruantkom to samo, to znaczy w kontekście „wolnego od pracy” okrągłe nic — poza standardowym i wspólnym dla obu płci L4.
Natomiast smutek mnie naszedł, że ejakulant Józefaciuk wspomniał coś o „cyklicznych niedyspozycjach”, ale nie wyjaśnił, jakie to cykliczne niedyspozycje są przypadłością ejakulantów.
W rancie Józefaciuka są inne skretyniałe fragmenty, których obecność pokazuje, jak niski jest dzisiaj — w dobie szalejącego analfabetyzmu funkcjonalnego i algorytmów pchających zideologizowane prawicowe gówno prosto do głów ejakulantów — próg skutecznej propagandy. Jego rant ma, w momencie, gdy piszę te słowa, już prawie 800 tysięcy zasięgu. A znajdujemy tam też takie kwiatki:
Pracownica składa tylko oświadczenie. Pracodawca nie weryfikuje przesłanki.
Jak, drogi ejakulancie Józefaciuku, wyobrażasz sobie weryfikację? Pracodawca ma podłączyć podstępną menstruantkę do wariografu i indagować, czy aby na pewno tak mocno cierpi, że nie da rady dzisiaj kopać pekabu? Skoro o tym mowa, w komentarzach pod ejakulanckim rantem jest mnóstwo oburzenia, że jak to, one tak chodzą BEZ L4, bez WIZYTY U LEKARZA, NA ŻYCZENIE?
A co ma lekarz zrobić? Wiadomo: gdy menstruantka ma w brzuchu acefalusa, lekarz i jego katolickie sumienie są zawsze w stanie ocenić, czy ona da radę znieść horror i urodzić, choćby nie bardzo chciała. Czy tak samo ma to działać w przypadku bolesnych miesiączek? Wprawne oko lekarza odróżni menstruantkę, która cierpi naprawdę, od leniwej oszustki, która tylko kłamie, że nie da rady iść dzisiaj do pracy?
Pisze Józefaciuk:
Jeszcze raz: nie walczę z kobietami.
Nie walczę z pomocą dla kobiet.
Nie walczę z empatią wobec bolesnej menstruacji.
A ja się zastanawiam: o czym ty bełkoczesz? Dostałeś werbalnej sraki dlatego, że jakaś niewielka grupa babek dostała możliwość jednego dnia ulgi, gdy ciało się im skręca, ale nie walczysz z kobietami?
Zapowiadasz dalsze interwencje i domagasz się szczegółowych wyliczeń „kosztów” — po co? Będziesz walczył, by analogiczne środki poszły na profilaktykę zdrowotną ejakulantów? Czy skończy się tym, że zabiorą dzień wolny menstruantkom, a te znowu będą tyrać, skręcając się od menstruacyjnego bólu, a twoim jakże udręczonym odwrotnym seksizmem ejakulantom i tak nic to nie da?
To jest systemowa nierówność.
To jest nierówna polityka kadrowa ubrana w język empatii.
To jest przykład tego, jak państwo potrafi zauważyć jedną grupę, a drugiej powiedzieć: „wasz problem nas nie interesuje”.
Cóż, głupio mi się powtarzać, ale na razie nie wskazałeś, jakiego problemu ejakulantów państwo nie zauważa z powodu zauważenia problemu menstruacji. Zacznijmy od tego, że póki co menstruantki nie mają prawnie nadanego dnia wolnego, takoż państwo ich problemu też nie zauważa. Więc zrobiłeś drakę o to, że w jednym miejscu pracy doznały odrobiny ulgi. Nie wskazałeś żadnej realnej nierówności: tylko menstruantki menstruują, więc trudno, żeby pozbawieni problemu menstruacji ejakulanci dostawali analogiczny dzień wolny, skoro nie mają analogicznego problemu. To elementarna logika, ale znowu: żyjemy w czasach królowania analfabetyzmu funkcjonalnego, więc ujdzie ci płazem, że ją gwałcisz, a jeszcze ci pewnie wpadną lajki od innych rozochoconych analfabetów.
Jest coś ironicznego w tym zarzucie o „polityce kadrowej ubranej w język empatii”. To, co uprawia Józefaciuk, to mizoginia i seksizm ubrane w język empatii wobec realnych i urojonych cierpień ejakulantów. Realne są np. problemy psychologiczne, urojone są problemy z migrenami — te też dotykają bardziej menstruantek. Jedno i drugie jest cynicznie wykorzystane wyłącznie po to, by uderzyć w menstruantki i w zarodku zdusić próbę ulżenia ich realnemu problemowi: zmuszaniu do pracy w warunkach nieznośnego bólu wywołanego menstruancką fizjologią.
Analogicznie jak ekstremiści chrześcijańscy, którzy biorą realne problemy — mordy na chrześcijanach w krajach z większością muzułmańską — i urojone — zdejmowanie krzyży z urzędów publicznych, które zgodnie z Konstytucją i zwykłą ludzką przyzwoitością powinny być neutralne światopoglądowo — miksują je w jednolitą papkę „chrystianofobii”, a potem walką z tą chrystianofobią uzasadniają swoje ataki na wolność i godność innych, których nienawidzą, wiedzeni własnymi uprzedzeniami.
Nie uszło mej uwadze, że starania ejakulanta zostały już docenione przez innych, najbardziej parszywych polityków-ejakulantów:

Przypuszczam, że wyjaśnia to może, przynajmniej częściowo, czemu Józefaciuk to robi: może chce zostać upenisioną Matysiak, która z lewicowej posłanki zrobiła pivot w jakieś groteskowe symulakrum „polityki dla ludu” spod znaku „na CPK bym sobie popatrzyła, ale z tymi gejami to już dajmy spokój”?
Post scriptum: jak zauważyli spostrzegawczy internauci, Biblia wyraźnie nakazuje aktywnej menstruantce „pozostać siedem dni w swojej nieczystości”:

To nawet nie prawo do odpoczynku, to wyraźny nakaz izolacji! Można zaryzykować stwierdzenie, że sprzeciw wobec idei wolnego dla aktywnych menstruantek to forma chrystianofobii i atak na uczucia religijne wyznawców Jahwe. Czy możemy sobie na to pozwolić w tak katolickim kraju jak Polska?