Odraza do polityki — szczególnie rozumianej konkretnie, jako aktywność pewnej określonej grupy ludzi zwanych politykami, którzy z „robienia polityki” zrobili karierę — moim zdaniem jest w pełni zrozumiała, biorąc pod uwagę kondycję moralną i intelektualną większości ludzi z tego grona, przynajmniej tych bliskich szczytów władzy, których widzimy na co dzień w mediach.
Sam ją podzielam.
Natomiast nie wydaje mi się, by rozsądne było wyciąganie z tego wniosku, że dobrą postawą jest uciekanie od polityki albo bredzenie o „apolityczności” jako właściwej reakcji. Apolityczność nie jest alternatywą dla polityki. To po prostu polityka nieróbstwa, polityka bierności, polityka zatykania uszu i zasłaniania oczu.
Można to zrozumieć przez metaforę robienia kupy. Efektem robienia kupy jest, cóż, kupa, ale też ulga. Nikt — no, prawie nikt — nie jest entuzjastą kupy, więc dla ogromnej większości populacji sam akt jest lekko odstręczający, a produkt zostaje szybko spuszczony w niebyt kanalizacji.
A jednak musimy robić kupę. Gdyby ktoś wyszedł i powiedział, że robienie kupy tak go brzydzi, że wybiera „akupienie” i wieczne zatwardzenie, wywołałby zapewne powszechną konsternację.
Symetryzm niezbyt mądrego aktora
Taka też powinna być reakcja na ostatnie wypowiedzi Ignacego Lissa, głównego aktora nowej produkcji HBO opowiadającej o życiu polskiego geja, który chce adoptować córkę zmarłej siostry. Produkcja zebrała już mnóstwo nagród na festiwalach, a dodatkowo przykuwa uwagę z powodu oczywistego kontekstu… politycznego, czyli sytuacji osób LGBT w tak skrajnie homofobicznym kraju jakim jest Polska.
Dosłownie dopiero co prawicowe siły rozpętały kampanię nienawiści, a politycy tacy jak Bosak wielokrotnie i publicznie mówili, że w dokładnie takiej sytuacji jak ta bohatera z serialu, prawo powinno zabraniać mu adopcji dziecka siostry i zamiast tego wymusić oddanie go obcym ludziom.

Tymczasem Liss w wywiadzie dla brukowego portaliku Plejada.pl pytany o wsparcie dla społeczności LGBT, papla bez krztyny refleksji:
Trzeba być bardzo ostrożnym i staram się być bardzo apolityczny, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju parady, pikiety, protesty. Ponieważ nie lubię tego w naszym kraju, że jesteśmy tak bardzo skłóceni i poróżnieni, bardzo często mówimy o tym samym, mamy podobne poglądy, a kłócimy się i rzucamy w siebie obelgami, staram się po prostu unikać takich historii (…) Myślę, że sztuka — film czy serial — jest takim bezpiecznym miejscem, w którym można powiedzieć, co się myśli. Pokazać to, wyrazić siebie, wyrazić jakieś tam swoje emocje związane z tym tematem. Nie narażając się też na niepotrzebne przepychanki. To jest mój największy wyraz solidarności. Jestem raczej zwolennikiem rozmowy, słuchania siebie nawzajem, a nie wyzywania i skreślania.
Ignacy, Polska jest rzeczywiście „poróżnionym krajem”, ale jednak nie w taki symetrystyczny sposób, jak ci się wydaje.
W kontekście praw gejów i lesbijek jedna strona — ta reprezentowana przez Bosaka czy Kaję Godek — walczy zaciekle o to, by nie mogli legalizować swoich związków, by mieli ograniczone lub całkowicie odebrane prawo do publicznego manifestowania swoich poglądów, by można było poddawać ich torturom, wreszcie — jak wspominałem — by państwo zabraniało im wychowywać dzieci, w tym by PORYWAŁO dzieci, które już wychowują, i oddawało je obcym ludziom.
Strona Bosaka i Godek, strona katolicka, próbuje robić pogromy na marszach równości albo wnosi na nie zrobione w domu bomby.
Uważasz, że polscy LGBT nie mają prawa nazywać ludzi, którzy chcą im wszystko odebrać, uczynić ich życie koszmarem i porywać dzieci, homofobami? He he, „wyzywać” ich od homofobów?
Tyle wyniosłeś z grania w „bezpiecznym miejscu”? Tak „wyrażasz jakieś tam swoje emocje”?
Co trzeba mieć w głowie, by gadać w sposób sugerujący, że to są dwie równoważne strony konfliktu: równie będące w błędzie, równie zamknięte na argumenty przeciwników?

Prawdopodobnie siano, bo z innej jego wypowiedzi wynika, że aktor ma jakoś tam prawidłowe intuicje moralne:
Kiedy dostaję pytania dotyczące tego, że jestem wierzący i chodzę do kościoła, a zagrałem geja, który próbuje adoptować dziecko, to sobie myślę: „Kim ja jestem, żeby to oceniać?”. To są ludzie, oni mają prawo kochać, najprawdopodobniej chcą też mieć dzieci i chcą je wychowywać. Tylko to nie jest takie proste, to są bardzo skomplikowane tematy. Ja nie czuję się na siłach, żeby to oceniać. Moim zawodem jest to, żeby opowiadać o tym, że takie problemy istnieją. A nie udawać, że ich nie ma. Bo one są. I są takie osoby.
…więc on zdaje się nie tyle jadowitym homofobem z przekonania, ile casualowym homofobem, który mimo korzyści, które uzyska z tej roli, nie chce sobie za bardzo zaprzątać głowy myśleniem o świecie, o którym opowiada serial, w którym zagrał.
Z tej innej wypowiedzi dowiadujemy się czego jeszcze: Liss nie tylko ma siano głowie, to bezwstydnie katolickie siano:

Czy katolicki aktor powinien grać geja?
Nim odpowiemy na to pytanie, rozpoznajmy rzeczywisty kontekst: katolicyzm jest systemowo i ideologicznie — filozoficznie można rzec — kultem nienawiści wobec osób LGBT. Tradycyjnie katolicy przez prawie dwa tysiące lat swego istnienia bezlitośnie prześladowali osoby, które dziś nazwalibyśmy gejami i lesbijkami: włącznie z ich zabijaniem i poddawaniem torturom.
Do dzisiaj Kościół katolicki, w swoich oficjalnych instrukcjach „jak być dobrym katolikiem” — tzw. „Katechizmie” — naucza nienawiści i demonizuje osoby LGBT absurdalnymi z punktu widzenia świeckiej etyki, a także psychologii i psychiatrii, tezami o „obiektywnym wewnętrznym nieuporządkowaniu czynów homoseksualnych”.
Katolicy niechętni przyznaniu, że ich kult, przynajmniej oficjalnie, wymaga nienawiści wobec osób LGBT, zasłaniają się czasem rozróżnieniem między „potępieniem czynów” a „potępieniem osób”. Jest to tani wybieg, katoliccy myśliciele teologiczni sami go odrzucają.
Naszym przewodnikiem będą tutaj „Uwagi dotyczące odpowiedzi na propozycje ustaw o niedyskryminacji osób homoseksualnych”, opublikowane w watykańskiej gazetce „L’Osservatore Romano” w 1992 roku w odpowiedzi na „nadinterpretację” katechizmowego rozróżnienia „osób” i „skłonności” (polskie tłumaczenie zawdzięczamy serwisowi „Opoka”):
Ponieważ "w dyskusji powstałej po ogłoszeniu Deklaracji, zostały jednak zaproponowane interpretacje nadmiernie przychylne samej skłonności homoseksualnej, do tego stopnia, że niektórzy posunęli się do zdefiniowania jej jako obojętnej lub, co więcej, jako dobrej", List precyzuje, że "szczególna skłonność osoby homoseksualnej, chociaż sama w sobie nie jest grzechem, stanowi jednak słabszą bądź silniejszą skłonność do postępowania złego z moralnego punktu widzenia. Z tego powodu sama skłonność musi być uważana za obiektywnie nieuporządkowaną. - Dlatego ci, którzy znajdują się w tym uwarunkowaniu powinni być przedmiotem szczególnej troski duszpasterskiej, by nie doszli do przekonania, że urzeczywistnianie tej skłonności w relacjach homoseksualnych jest wyborem możliwym do przyjęcia z moralnego punktu widzenia”.
Innymi słowy, list katolickich biskupów precyzuje: tak, czyny są oczywiście złe, ale i osoba ma z samej swej natury szczególną „skłonność do zła”; ta skłonność jest moralnie negatywna.
Skąd biskupi wiedzą, że geje są z natury przesiąknięci moralną zgnilizną manifestującą się jako „nieuporządkowana skłonność”? Z nieprawdziwej teorii o „stworzeniu”. Teologia katolicka jest w całości zbudowana na fundamencie obalonym przez nowoczesną naukę: teleologii, czyli przekonania o obiektywnie obecnej w świecie celowości, którą wlał w niego racjonalny Bóg. W skrócie: katolicy zakładają, że świat stworzyło racjonalne bóstwo, które nasyciło go funkcjami, a ponieważ to, czego chce bóstwo, jest dobre, spełnianie tych funkcji jest dobre, a działanie wbrew tym funkcjom jest złe.
W tym modelu genitalia służą robieniu dzieci, więc skłonność do używania ich do zapładniania komórek jajowych plemnikami jest moralnie dobra, zgodna z bożą wolą, a używanie ich do czegokolwiek innego jest złe.
To dlatego — co może być dla was zaskoczeniem — z punktu widzenia teologii katolickiej seks matki z dorosłym synem jest „moralnie bardziej uporządkowany” niż seks syna z innym mężczyzną lub masturbacja. W pierwszym przypadku oboje używają genitaliów zgodnie z bożym zamysłem; w drugim — wiadomo: dupa służy do srania, bozia cierpi na widok onanii, i tak dalej…
Niestety, choć katolicy bardzo chcą wierzyć, że w ten zgrabny sposób mają racjonalne uzasadnienie dla swej niekończącej się kampanii nienawiści wobec gejów i lesbijek, ich filozoficzny wywód został przez współczesną naukę zredukowany jedynie do empirycznie fałszywej racjonalizacji.
Ludzie, jak wszystkie inne stworzenia na tej planecie, powstali w naturalnym procesie darwinowskiej ewolucji, która nie ma żadnego „zamysłu” i nie dostarcza moralnej sankcji dla swoich tworów. Nawet jeśli uznać, że geje używają genitaliów „niezgodnie z ewolucyjnym przeznaczeniem”, zrównywanie tego ze złem moralnym ma tyle sensu, co twierdzenie, że astronauci są niegodziwi, bo wznoszą się na orbitę wbrew gradientowi grawitacyjnemu planety.
W efekcie każdy katolik stoi przed prostym wyborem: być dobrym katolikiem — przyjąć nienawistne nauczanie biskupów i „Katechizmu” — czy być dobrym człowiekiem.
Mając ten kontekst na uwadze, wróćmy do wypowiedzi Lissa:
Bardzo głęboko wierzę, że każdy człowiek ma prawo chodzić do kościoła. Każdy ma szansę być zbawionym. I jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja. Wydaje mi się, że prawdziwa wiara polega na tym, żeby być otwartym na wszystkich ludzi i wzajemnie o siebie dbać. Wiara jest dla mnie absolutnie priorytetem, moim rdzeniem, ale szczerze uważam, że najważniejsze jest przekazywanie miłości.
Rozumiem, że: 1) jest skierowana do innych katolików, zapewne „moralnie zaniepokojonych” tym, że ktoś w ogóle śmiał nakręcić serial o geju, w którym gej nie spełnia katolickiej fantazji („zboczony deprawator dzieci”); 2) ma być empatyczna.
Niestety trudno mi przejść obojętnie wobec niepokoju moralnego, jaki budzą we mnie takie wypowiedzi. Szczególnie ten wtręt o papieżu, który — świadomie lub mimowolnie — normalizuje całość katolickiego nauczania nienawiści.
Bo w tym „myciu nóg osobom transpłciowym” nie chodzi o odrzucenie katolickiej nienawiści, nie chodzi też o otwartość katolików na osoby LGBT, nie chodzi o same osoby LGBT.
Chodzi o to, żeby katolicy raz w roku mogli poczuć się jeszcze lepiej niż zwykle. Zwykle czują się dobrze ze swoją nieopanowaną nienawiścią, z normalizacją hejtu bełkotem o „nieuporządkowaniu moralnym”. Ale czasami chcą się poczuć jeszcze lepiej!
Wtedy ich najwyższy kapłan, przed kamerami — bo to wszystko jest przecie robione właśnie na pokaz, celem masowego poprawienia samopoczucia katolików — performatywnie obmywa stopy, śląc wiadomość w świat: patrzcie, jacy jesteśmy wspaniali, my, katolicy! Wiemy, że te elgiebety są moralnie zepsute, że mają nieuporządkowaną skłonność, że ją nawet bezwstydnie realizują, a jednak my, katolicy, jesteśmy tak wspaniałomyślni, że im umyjemy stopy, raz w roku, przed kamerami.
Te papieskie szopki to prawdziwa obscena i prawdziwa perwersja, która powinna „budzić moralny niepokój”.
Zaś katolicki aktor, który najpierw zrównuje walkę osób LGBT o swoją godność i prawa z niepohamowanym hejtem drugiej strony, powinien się na serio 2137 razy zastanowić, nim powie, że grając geja, stawia sobie za wzór papieża odstawiającego homo- i transfobiczne szopki. Mamy rozumieć, że on też gra po to, by katolicy mogli poczuć się lepiej? By on sam mógł poczuć się lepiej? „Geje są niemoralni, ale my jesteśmy tak zajebiści, że potrafimy się wznieść ponad to”? Bo taka jest, być może niezamierzona, wymowa tych dziwnych wypowiedzi.
Tak, katolicki aktor, który uznał, że dobrze jego karierze zrobi granie geja, ma moralny obowiązek publicznie głosić wsparcie dla środowiska LGBT, w tym dla parad i innych działań politycznych, które społeczność stosuje w walce o swoje prawa i równość. Inaczej jest pasożytem, który czerpie zawodowe korzyści z sytuacji osób, od których się potem odcina, albo których problemy trywializuje.
Chcesz być apolityczny? Trza było nie brać tej roli, bo ona w kraju tak przesiąkniętym katolicką nienawiścią wobec LGBT, jak Polska, zawsze będzie polityczną.