Wiem, że już ponad dwa tygodnie minęły, od kiedy pewien doktor nauk medycznych w dziedzinie biologii medycznej (nie lekarz!) striggerował się wyrokiem NSA i „rozpoczął dyskusję” nie tylko o możliwych „przyczynach homoseksualizmu”, ale nawet (teoretycznych) strategiach leczenia tegoż:

W międzyczasie pojawiły się standardowe, drobiazgowe debunki tych bzdurek, a pato-prawica w swoim cyklu nieustannej propagandowo-ideologicznej psychozy zdążyła temat transkrypcji małżeństw porzucić na rzecz najpierw „pedofilii w PO”, potem „zabicia kobiety na narządy w Hiszpanii”, wreszcie „spalenia krzyża w ramach wojny z katolicyzmem”.
Niemniej chciałbym wrócić, choć na chwilę, do postów doktora Witczaka. Mój wpis nie jest ich kolejnym drobiazgowym debunkiem, a raczej swobodną refleksją o powtarzających się u niego wzorcach jego propagandowej i marketingowej retoryki. Jak zobaczymy, gdy doktor Witczak stoi przed wyborem: prawda, czy dobrany pod tezę argument, często wybiera to drugie.
Uwaga o stylu mojej notki: wpis ten zainspirowały pomysły „leczenia homoseksualizmu”, uznałem więc za stosowne, by część dyskursywną dopełnić obrazami o treściach homo-erotycznych. Tak, przy ich tworzeniu korzystałem „z AI”. W postscriptum kilka uwag na ten temat.

Ibisy czy myszy?
(Wybór pierwszy dra Witczaka)
Załóżmy, że macie do wyboru dwa artykuły o wpływie konsumpcji związków rtęci na zachowania seksualne: jeden o ptakach, drugi o myszach.
Autorzy pracy o ptakach zaobserwowali, że ibisy, w których diecie znajdowało się dużo związków rtęci, mają zaburzone wzorce gniazdowania i zmienione zachowania seksualne: później budują gniazda, znacznie częściej też wchodzą w relacje jednopłciowe w porównaniu do populacji, która na takie związki nie jest wystawiona.
Autorzy pracy o myszach, którzy wprost wskazują wspomnianą pracę o ibisach jako inspirację do swoich badań, postanowili sprawdzić, czy podobne efekty konsumpcji rtęci można zaobserwować u ssaków. W tym celu stworzyli w warunkach laboratoryjnych dwie populacje myszy, jedną kontrolną, karmioną zwyczajnie, drugą karmioną jedzeniem z domieszką związków rtęci. Efekt tych badań? Nic, samczyki myszy karmione rtęcią były równie (nie)chętne wdrażaniu w życie „ideologii LGBT” i przymilaniu się do innych samczyków, co samczyki karmione zwyczajną karmą.

Abstrahując od zasadności prostego przenoszenia obserwacji z jednego gatunku na drugi, gdybyście mieli do wyboru takie dwie prace, jedną o myszach (ssakach), drugą o ibisach (ptakach), którą wzięlibyście jako podstawę opracowanej na kanapie teorii o możliwej genezie zachowań homoseksualnych u ludzi?
Cóż, nie jestem ekspertem, ale ja bym wybrał tę o myszach. Ostatni wspólny przodek ludzi i myszy żył około 60-80 milionów lat temu. Jak myszy i ludzie był ssakiem, wyglądającym prawdopodobnie trochę jak ryjówka. Tymczasem ostatni wspólny przodek ludzi i ibisów żył ponad 350 milionów lat temu. Laikowi wydawałby się czymś pomiędzy traszką a jaszczurką.

Dla każdego (uczciwego) biologa będzie oczywiste, że fizjologia czy anatomia ludzi przypomina bardziej mysią, niż ptasią. Cóż, czy będzie dla was zaskoczeniem, że nie jest to oczywiste dla doktora nauk medycznych Witczaka? Wolał on sięgnąć po pracę o ptakach, nie ssakach. Pewnie było mu szkoda zniechęcać ludzi do dyskusji o wywołaniu homoseksualizmu zatruciem rtęcią, tymczasem praca o gejowanych rtęcią ptakach pasuje do zainicjowania takiej dyskusji jak ulał!

Autyzm czy rtęcica?
(Wybór drugi dra Witczaka)
Powtórzmy naszą grę: macie do wyboru dwie prace o możliwych powiązaniu autyzmu i zatrucia rtęcią:

Pierwsza praca, z 2000 roku, czysto teoretyczna (wydana w piśmie Medical hypotheses, które publikuje nie wyniki empirycznych badań, a właśnie spekulacje i hipotezy), wyliczając liczne podobieństwa między zatruciem rtęcią i autyzmem, konkluduje, że autyzm jest formą zatrucia rtęcią:

Druga praca, opublikowana dwa lata później, wprost krytykuje tę pierwszą, zwracając uwagę, że jej autorzy najpierw wymienili dziesiątki, często najbardziej atypowych, cech autyzmu i zatrucia rtęcią, a następnie z faktu, że owe rzadkie, nietypowe objawy mogą czasami występować w obu sytuacjach medycznych, wyciągnęli wniosek o tym, że autyzm jest formą zatrucia rtęcią. Tymczasem, jak argumentują autorzy krytycznej pracy, jeśli skupić się na typowych objawach autyzmu i zatrucia rtęcią, podobieństw nie widać:

Czy będzie dla was wielkim zaskoczeniem, że w tekście o rzekomych związkach między autyzmem i zatruciem rtęcią, który na swej stronie zamieścił doktor nauk medycznych Witczak, przywołana jest wyłącznie praca formułująca hipotezę, że autyzm to „forma zatrucia rtęcią”? Natomiast praca, która krytycznie tę hipotezę rozważa, została pominiętą?
Oczywiście wszystko i tak jest utopione w morzu innych stronniczych cytowań, które wszystkie są dobrane według klucza, że mają mniej lub bardziej wprost popierać możliwość związków między autyzmem a ekspozycją na rtęć. Jak jednak wspomniałem na początku tej notki: nie bawię się tu w drobiazgowe debunki, a jedynie zwracam uwagę, na powtarzające się wzorce.

Krew czy włosy?
(Wybór trzeci dra Witczaka)
Tekst o związkach autyzmu i zatrucia rtęcią na stronie doktora Witczaka służy jako teoretyczna podbudowa i zachęta, by skorzystać z konsultacji z doktorem o metodach detoksu (jedynie 300 zł za godzinę wstępnej rozmowy, potem już taniej, można nawet kupić abonamenty). By zdiagnozować swych klientów, których doktor Witczak w kilku przynajmniej miejscach nazywa „pacjentami”, prosi on ich o wypełnienie długaśnej ankiety, której fragmenty w celach ilustracyjnych zamieszczę tutaj:

Zaznaczyłem części budzące moje szczególne zdumienie, na przykład powtarzające się pytania o te same objawy. Zaskakuje także przypadkowy dobór sygnałów diagnostycznych: obok „zachowań głupkowatych” mamy też „czerwone pierścienie wokół odbytu”, a dalej „jęczenie”. Intrygują też pewne niespójności: dlaczego w przypadku „zaczerwienienia skóry twarzy” ważne jest, czy wystąpiło po określonej potrawie, ale pytanie o „składniki pokarmowe” nie pojawia się kontekście „czerwonego pierścienia wokół odbytu”?
Jak doktor nauk medycznych z takiej ankiety, wypełnianej przez ludzi, którzy, jak mniemam, często nie wiedzą nawet, co tam wpisują, potrafi wywnioskować, co dolega pacjentowi, a potem zaordynować odpowiednią „detoksykację”, po której „pacjent” doświadcza ulgi w autyzmie, nie wiem.
Jeśli natomiast chodzi o diagnostykę w standardowym rozumieniu, pan doktor Witczak jest dość liberalny: badania nie są konieczne, ale jakby pacjent chciał, to doktor Witczak oferuje listę zalecanych:

Znowu możemy zagrać w naszą grę. Zakładając, że wierzycie, że ekspozycja na związki rtęci, np. ze szczepionki, może doprowadzić do autyzmu, jaką metodę diagnostyczną wybralibyście, by sprawdzić, czy pacjent doświadczył takiej ekspozycji?
Standardowe oznaczanie poziomu związków rtęci w moczu i krwi?
Czy może badanie włosów: „analizę pierwiastkową włosa”?
Wskazówka: główną i oczywistą wadą, poza brakiem standaryzacji, „analizy pierwiastkowej włosa” jest, że jeśli zatrucie nastąpiło niedawno, włos nie zdążył nawet ma tyle urosnąć, by zawierać ślady zatrucia, a jeśli nastąpiło dawniej niż kilka lub kilkanaście miesięcy przed badaniem, część włosa, która mogła nieść ślady takiej ekspozycji, prawdopodobnie została ścięta, o ile pacjent nie bawi się w larping Roszpunki…

Niespodzianka: lekarze co do zasady nie zalecają żadnych z tych testów jako diagnostycznie istotnych samych w sobie. W przypadku testów poziomu metali ciężkich we krwi i moczu te mogą mieć sens, ale tylko w kontekście konkretnych pacjentów, z konkretną historią ekspozycji i objawów.
Tymczasem „testy włosów” są opisane jako co do zasady zupełnie pozbawione wartości diagnostycznej:
Uzyskane wyniki nie odzwierciedlają wiarygodnie poziomów metali w organizmie ani nie można ich skorelować z wynikami standardowych badań (np. krwi). Testy te nie są w stanie odróżnić, czy metal został biologicznie wbudowany we włos, czy też osadził się na jego powierzchni z zewnętrznych źródeł, takich jak zanieczyszczenie powietrza, kurz czy preparaty do pielęgnacji włosów. (…) Chociaż analiza włosów była wykorzystywana w badaniach naukowych prowadzonych według ścisłych protokołów, komercyjnie dostępne testy włosów nie mają zwalidowanych procedur przygotowania próbek ani analizy; występują istotne różnice w metodach badawczych, zakresach referencyjnych dla poszczególnych metali oraz w zaleceniach terapeutycznych formułowanych na podstawie wyników laboratoryjnych. Z nielicznymi wyjątkami analiza włosów nie dostarcza klinicznie użytecznych informacji pozwalających określić, czy u danej osoby rozwiną się skutki zdrowotne, i nie jest zalecana.
Z tylko sobie znanych powodów doktor nauk medycznych Witczak krzywo patrzy na standardowe metody diagnostyczne, ale jako jeden z najistotniejszych wskazuje test odrzucany przez lekarzy specjalizujących się w diagnostyce i leczeniu zatruć metalami ciężkimi.

Nauka czy znachorstwo?
(Wybór czwarty dra Witczaka)
Jeśli mielibyście doradzić komuś, kto podejrzewa u siebie efekty zatrucia związkami rtęci czy innymi metalami ciężkimi, co byście wybrali?
Wizyty u normalnych lekarzy, którzy lepiej lub gorzej, ale stosowaliby wiedzę medyczną, standardowe procesy diagnostyczne i zalecany przez wytyczne wywiad medyczny? Którzy, przynajmniej w teorii, ponosiliby zawodową i karną odpowiedzialność za skutki ordynowanych terapii?
Czy jakiegoś znachora, topiącego pacjentów w potoku stronniczo dobranych naukowych cytowań, jednocześnie na każdym kroku podważającego naukę, szerzącego spiskowe teorie na jej temat i ordynującego alternatywne metody diagnostyki i „terapie”?
Co wybierze doktor Witczak? Pewnie myślicie, że to drugie? Ha, naiwniacy!

To prawda, że doktor nauk medycznych Witczak na swojej stronie promuje pseudonaukową terapię o niepotwierdzonych skutkach. To prawda, że sugerowane przez niego badania włosów są bezużyteczne, a ankiety do zbierania „wywiadu” groteskowe. Tak, widzieliśmy, jak lubuje się w zasypywaniu ofiar swojej propagandy stronniczo dobranymi cytowaniami prawdziwych publikacji naukowych, albo jak snuje najdziksze teorie oparte na najsłabszych podstawach.
Natomiast, jeśli już ktoś nabierze się na pseudonaukę leczenia objawów autyzmu detoksem, a w przyszłości może i homoseksualizmu, choć "byłoby to bardzo trudne", i zapłaci te 300 złotych za konsultacje, nim wyśle swoje opisy zaczerwienionych odbytów i niekontrolowanych chichotań, musi zaakceptować regulamin, a w nim:

Znajdująca się na stronie doktora nauk medycznych „Nota prawna” jest nawet bardziej jednoznaczna:

Ups!
W skrócie: nieważne co ci powiem w trakcie swoich konsultacji, nieważne co przeczytałeś na mojej stronie, pełnej alternatywnych terapii i podważania naukowej medycyny, ponosisz drogi kliencie-pacjencie pełną odpowiedzialność za to, co robisz, a o skuteczność i bezpieczeństwo masz się pytać swojego lekarza.
Lekarz ci powie, że to brednie? Cóż, sam musisz podjąć decyzję i ponieść jej skutki: słuchać lekarza, czy znachora. Znachor żadnej odpowiedzialności brać nie będzie!
Postscriptum: czemu sięgnąłem po (slop) AI?
Bo mogłem, ale także, bo byłem ciekawy, jak dalece realnie można wykorzystać do tworzenia ilustracji, jeśli ma się określony cel i ambicję, by nie wyglądały jak oczywisty, totalny, przypadkowy i groteskowy slop.
Krótka odpowiedź: nie jest to łatwe, moim zdaniem nie ma mowy, by dało się je po prostu „wypromptować” (to, co widzicie to miks promptów i promptów z obrazami referencyjnymi, które tworzyłem tradycyjnym cięciem w Photoszopie, wszystko potem znowu przechodziło przez Photoshopa celem stylizacji, a wcześniej było znowu cięte i miksowane tradycyjną, ręczną pracą).
Było to niewątpliwie ciekawe doświadczenie i planuję wkrótce notkę „BTS” z głębszymi refleksjami na temat. Jeśli czujecie teraz moralne wzmożenie/oburzenie użyciem modeli generatywnych, zachowajcie stosowne komentarze na później!