Pan Nawrocki jest wielkim miłośnikiem wolności słowa, dlatego nie pozwoli ograniczyć amerykańskim baronom technologicznym takim jak Mark Zuckerberg czy Elon Musk swobody w cenzurowaniu polskich obywateli, w dostarczaniu usług syntezy (także dziecięcej) pornografii, czy zarabianiu na promocji ludobójstwa.

Przyjrzyjmy się poszczególnym argumentom pana Prezydenta, którymi uzasadnia swoją weto-pracę dla dobra amerykańskich miliarderów:

Zamiast realnej kontroli sądowej wprowadzono rozwiązanie absurdalne: sprzeciw wobec decyzji urzędnika, który obywatel musi złożyć w ciągu 14 dni.

W sensie pan Prezydent twierdzi, że realistycznym sposobem na regulację treści jest oddać wszystko pod bezpośrednią kontrolę sądów? Chodzi o te sądy, które są zapchane sprawami już teraz, między innymi z powodu destrukcji systemu sądownictwa, do jakiej doprowadził partyjny kolega pana Prezydenta, eksminister Ziobro, dziś kryjący się w norze u Orbana? Te sądy, w których na wyroki czeka się czasami latami?

Źródło

Pan Prezydent zgodzi się na regulację treści wyłącznie pod warunkiem, że to sądy będą przetwarzać dziesiątki czy setki tysięcy wniosków rocznie?

Miesiące myślał nad ustawą i nie przemyślał, że może nierealistyczne i szkodliwe jest zapychać system sądownictwa każdą możliwą dyskusją o postach w serwisach społecznościowych?

Chcę, aby to mocno wybrzmiało: sytuacja, w której o tym, co wolno w Internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki Orwella „Rok 1984”. Autor pisał o mechanizmie władzy, który najpierw przejmuje kontrolę nad językiem, nad informacją, a w końcu nad myśleniem obywateli.

Szukam wystąpień, wtedy jeszcze nie pana Prezydenta, gdy jego partyjni koledzy stworzyli orwellowskie mechanizmy propagandy w postaci TVPiS i sieci pisowskich gadzinówek sponsorowanych, między innymi, z Funduszu Sprawiedliwości. Albo, gdy pisowska władza masowo prześladowała ludzi a poglądy, pod pretekstem „ochrony uczuć religijnych”, czy ścigając za „znieważenie (ówczesnego) Prezydenta”.

Niestety nie mogę takich wystąpień znaleźć. Brzmi to zupełnie tak, jakby (obecny) prezydent tak naprawdę w dupie miał mechanizmy państwowej propagandy czy cenzury.

Jeśli władza decyduje, co jest „prawdą”, co „dezinformacją”, kto może mówić, a kto nie, wolność znika krok po kroku – pod pozornymi szczytnymi hasłami bezpieczeństwa, dobra wspólnego czy ochrony najsłabszych.

Ciekawostka: w Polskim prawie już teraz jest kilka przepisów urągających wolności słowa. Mamy przepisy kneblujące dziennikarzy, kryminalizujące wyrażanie opinii o osobach, także publicznych, a nade wszystko zupełnie groteskowe przepisy o „ochronie uczuć religijnych” (po wyrokach sądów europejskich obecny rząd zapowiada… zniesienie kar więzienia, uspokajając jednocześnie, że sama „obraza uczuć” pozostanie nielegalna).

Zadziwiające, ale zaciekle broniący wolności słowa pan Nawrocki jak dotąd nigdy nie wykazał inicjatywy ustawodawczej zmierzającej do usunięcia tych orwellowskich przepisów. Wygląda, że wolność słowa jest dla niego cenna wyłącznie, gdy mogą ją kontrolować i monetyzować, według własnego widzimisię, amerykańscy miliarderzy.

Państwo ma wolność gwarantować, a nie reglamentować. Tymczasem proponowane rozwiązania tworzą system, w którym zwykły Polak będzie musiał walczyć z aparatem urzędniczym, aby obronić swoje prawo do wyrażania opinii. Na to zgody, być nie może.

I tu widzimy w pełni skalę manipulacji Batyra. Nawrocki tworzy, rzekłbym orwellowską, alternatywną wizję rzeczywistości, w której obywatele pławią się w wolności słowa, na którą czyhają teraz „urzędnicy poza sądową kontrolą”.

Pomijając kłamstwa o braku sądowej kontroli, Batyr udaje głupiego, czy ma nas za debili? W tej chwili 99,99% tej „wolności słowa” dzieje się na prywatnych platformach, których większość należy do dwóch amerykańskich oligarchów: Marka Zuckerberga i Elona Muska.

Jaką „wolność” mają tam polscy czy inni obywatele? Każda z tych platform stosuje moderację wedle własnego widzimisię. Używając języka Batyra: trwa tam cenzurowanie na gigantyczną skalę, prowadzone przez zautomatyzowane boty pomieszane z nieszczęśnikami z Trzeciego Świata, którym płaci się za oglądanie najgorszego syfu i decydowanie, co trzeba skasować.

Gdy już mechanika platformy zadecyduje o skasowaniu lub zostawieniu, jakiejś treści, polski obywatel nie ma w tej chwili żadnej realnej metody walki z taką "decyzją". Istniejące mechanizmy „odwoławcze” są tak niepraktyczne, że nikt z nich nie korzysta.

W efekcie, wbrew kłamstwom pana zajmującego stanowisko prezydenta RP, żadnej wolności już teraz tam nie doświadczamy. Jakiś amerykański nazista napisze, że „Polacy są przewrażliwieni na punkcie Hitlera, który był spoko”? Cóż, trudno, trzeba z tym żyć. Ktoś inny napisze „cispłciowy” na „X”, serwisie dla nazistów i pedofilów, z którego korzysta także Nawrocki? O, to zaraz zautomatyzowany system cenzury, wedle kryteriów osobiście zdefiniowanych przez oligarchę Muska, oflaguje ten post i ukryje go.

Za użycie normalnego, medycznego terminu!

Nawrocki obelżywie kłamie, że proponowana ustawa „odbiera wolność” obywatelom. Ona, może w niedoskonały sposób, ale po raz pierwszy tę wolność daje, zabierając pełnię kontroli algorytmom i najemnikom na usługach zagranicznych miliarderów. Batyr straszy „urzędnikami”, ale tych urzędników, a przynajmniej rządy, które ich ponoć mają kontrolować, Polacy wybierają w wyborach. Jaki „wybór” mają Polacy w kwestii algorytmów, botów i ludzi, którzy teraz cenzurują ich treści w amerykańskich social mediach?

Szczególnie bulwersujące jest to, że – by przykryć te cenzorskie zapędy – użyto dobra dzieci. Miało ono stać się cynicznym parawanem, za którym ukryta zostanie realna intencja czyli kontrola swobody wypowiedzi.
Ograniczanie wolności słowa jest niekonstytucyjne. Wykorzystywanie do tego interesu najmłodszych – jest niemoralne.

Cóż, znowu, szukam jakichś informacji o tym, jak przyszły prezydent Nawrocki protestował, gdy jego partyjni koledzy na masową skalę wprowadzali cenzurę i efekt mrożący wobec polskich obywateli, czyniąc kolejne gminy i województwa „strefami wolnymi od ideologii LGBT”, wszystko pod pretekstem „ochrony dzieci”.

Nic nie mogę znaleźć. Okazuje się, że pan Nawrocki jest wyczulony na „niemoralne” wykorzystanie dobra dzieci tylko wtedy, gdy chodzi o usługi syntezy dziecięcej pornografii, które oferuje Elon Musk. Wtedy pan Nawrocki dzielnie broni prawa Muska do tej syntezy. Nie raziło go natomiast, gdy jego opcja ideologiczna zaszczuwała całe masy niewinnych Polaków pod pretekstem, a jakże, "ochrony dzieci".

Mamy prezydenta, który służy obcym panom, amerykańskim miliarderom, nie Polakom.